Wstęp

Szwajcarię mogliśmy zwiedzić dzięki uprzejmości Bruna Achermanna i jego żony Moniki, którzy udzielili nam noclegu w Nottwil koło Lucerny.

Dodatkowe zdjęcia znajdują się na stronie z ciekawostkami.

25.07.2005 (poniedziałek) Bazylea (Basel, Bâle)

Do Szwajcarii jechaliśmy przez Francję i granicę przekroczyliśmy w Bazylei.


To my na starówce...


...chociaż lepiej wyszliśmy na tle ratusza.


26.07.2005 (wtorek) Wschodnia pętla

Zürich, St. Gallen, Appenzell (CH) i Vaduz (FL).


Zürich

To my na Augustinergasse.


Całe miasto usiane miśkami...


... w różnych kolorach i pozycjach.


Oczko mu się odlepiło, temu misiu.


St. Gallen

Przed klasztorem, w którym znajduje się przepiękna biblioteka, której przepych kojarzy mi się z Aulą Leopoldyńską. W bibliotece jest ponad 2000 rękopisów średniowiecznych, z czego ponad 400 sprzed 1000 roku! Niestety nie wolno było w środku robić zdjęć.


To jest nasze miejsce!


Appenzell

Appenzell to stolica najbardziej konserwatywnego kantonu Szwajcarii - Innerhoden (i jednego z najmniejszych przy okazji). Kobiety otrzymały tam prawo głosu w roku 1990. Do dzisiaj natomiast obywatele zbierają się na placu, gdzie głosowanie jest jawne - przez podniesienie ręki.


Szwajcaria to kraj czterojęzyczny, ale angielski wydaje się być bardziej uniwersalny niż retoromański.


Liechtenstein

Zamek księcia Liechtensteinu nie jest niestety otwarty do zwiedzania...


... ale po drodze mieliśmy piękne widoki w dolinie Renu.


27.07.2005 (środa) Lucerna (Luzern, Lucerne)

W tle - Kapellbrücke, najważniejsza atrakcja turystyczna Lucerny, która niestety spłonęła w 1993 roku.


Potem popłynęliśmy stateczkiem po Vierwaldstättersee...


... obejrzeliśmy płaskorzeźbę lwa...


... i panoramę miasta z murów obronnych.


28.07.2005 (czwartek) Zachodnia pętla

Najpierw pięcie się w góry, przez Brunnig, a potem zjazd w dół przez Interlaken do Berna. Wracaliśmy drogami krajowymi (zamiast autostradą, za którą zapłaciliśmy 40 franków), żeby nacieszyć się widokami, ale te okazały się tym razem nienadzwyczajne.


Droga przez Brunnig i Interlaken

Tego niestety nie mogłem obejrzeć, ponieważ wpatrzony byłem w serpentyny zakrętów przed przednią szybą.


Kolor jeziora jest autentyczny, nie przerabiany na komputerze.


Na chwilę zatrzymaliśmy się również w Brunnig, skąd wyruszają wycieczki w góry, niczym z Kuźnic.


I my tam byliśmy!


Nie jechaliśmy koleją, ale droga idzie tuż obok torów i widoki są te same.


A to już widok na Jungfrau (4158 m. n.p.m.) z Interlaken, w którym niebo pełne było paralotniarzy, a ulice Amerykanów.


Berno (Bern, Berne)

Marktgasse przechodzi przez sam środek starówki. Jest to deptak, po którym jeżdżą tylko tramwaje - te zaś muszą co i rusz omijać fontanny poumieszczane na środku ulicy.


A to zdjęcie jest prawie identyczne, jak w naszym przewodniku, więc chyba dobre.


A to już my przed pomnikiem pocztowców (który równie dobrze mógłby być poświęcony Kopernikowi).


Misie nauczyły się już jak prosić turystów o coś do jedzenia i łapią, co im się rzuci, w locie. Jeśli nie uda im się złapać, a jedzenie upadnie w promieniu 2 metrów, to miś kładzie się na ziemi, żeby podnieść. W przeciwnym przypadku nie zawraca sobie więcej nim głowy.


29.07.2005 (piątek) Fryburg Bryzgowijski (Freiburg im Breisgau)

Wracaliśmy ponownie przez Bazyleę, ale tym razem przekroczyliśmy granicę z Niemcami, żeby zobaczyć Freiburg. Stamtąd ponownie przez Francję, gdzie nauczyliśmy się, żeby nigdy, pod żadnym pozorem nie zjeżdżać z autostrady na drogę "na skróty". Niestety zdjęciem nie da się oddać najbardziej charakterystycznego znaku rozpoznawczego miasta - płynących wszystkimi ulicami starówki strumyków.


Rynek we Freiburgu to jeden wielki targ owoców, warzyw, kiełbasek i różnych innych produktów żywnościowych...


... i ciężko jest tam zrobić sobie jakieś ładne zdjęcie.


Na szczęście znaleźliśmy wieżę widokową...


... z której zrobiliśmy zdjęcie miasta...


... i Schwarzwaldu.


A to już Konvikstrasse, ponoć najpiękniejsza ulica (niestety nie wiemy czego).